czwartek, 10 lipca 2014

Powroty

Hej, Haj, Heloł! Witam wszystkich, którzy odwiedzają tego bloga. Mam ogromną, ogromniastą prośbę, jeżeli czytacie to co piszę zostawcie chociaż dwa słowa w komentarzu, to wiele dla mnie znaczy. Nie wiem, kto czyta moje wypociny, nie wiem czy ktoś CHCE to czytać. Szczerze mówiąc, nie wiem czy jest sens żebym dalej publikowała to opowiadanie... Skończyć może i je skończę, ale obawiam się, że może pozostać do wglądu tylko dla mnie. Mam jednak nadzieję, że tak nie będzie i zmotywujecie mnie do dalszej publikacji. 
A teraz dość marudzenia, zapraszam do czytania! :)

•••

Uciekła, znikła i... i tyle. Nic, żadnego słowa wyjaśnienia, które by go satysfakcjonowało. Unikała go, przez cały czas, a trochę już go minęło. Sylwestrowy wieczór był już tuż, tuż, a on nie miał jak zamienić z nią nawet jednego słowa. Wiecznie gdzieś się spieszyła, albo nie było jej nigdzie. Nawet nie wiedział, kiedy wraca do dormitorium i kiedy z niego wychodzi. Ta sytuacja, nie oszukujmy się, wyprowadzała go z równowagi, bo uważał, że jeśli ktoś miał kogoś unikać, to on jej, a nie na odwrót. Dlatego teraz siedział i czekał. Nieważne jak długo, chciał ją spotkać, chciał z nią porozmawiać. Nie mógł sobie pozwolić na drzemkę, w każdej chwili mogła wrócić. Siedział, więc ściskając w dłoni szklankę wypełnioną Ognistą Whisky. Najchętniej siedziałby z całą butelką, jednak niekulturalne zachowania, nie były godne, jego pozycji. Co chwile jego myśli wracały do tej pamiętnej nocy. Zastanawiał się, jak mógł do tego dopuścić. Udawał, że nie słyszy cichego głosiku, który szeptał mu do ucha, że po prostu tego chciał.
            Kiedy usłyszał kroki, jego czujność wzrosła. Był pewny, że będzie chciała jakoś mu się wywinąć, a on nie chciał na to pozwolić. Musiał być przygotowany i był. Gdy weszła do dormitorium zatrzymała się w korytarzyku, żeby, jak podejrzewał, zdjąć buty. Słyszał jej oddech i ciche przekleństwa, które wypowiadała. Najwyraźniej karciła się za to, że nie postanowiła zaświecić światła. Stąpała cicho jak myszka, jednak nie była w stanie mu umknąć, bo chcąc nie chcąc i tak byłaby zauważona. Wychyliła głowę zza ściany, najwyraźniej chcąc sprawdzić, czy droga jest wolna.
            Na usta Dracona wypłynął ironiczny uśmieszek.
- Chowasz się przede mną, Granger?
Widział zrezygnowanie malujące się na jej twarzy. Pokręciła przecząco głową, a włosy spłynęły na ramiona, eksponując jej łabędzią szyję.
- Nie, Malfoy. Jestem po prostu zmęczona, jest późno. Upewniałam się, że przez przypadek moje przybycie cię nie obudzi.
Kąciki ust Ślizgona rozsunęły się jeszcze bardziej poszerzając uśmiech. Był to nieco przerażający grymas.
- Och, miło z twojej strony, że dbasz o mój spokój i mój sen, jednak ja naprawdę chciałem ostatnimi czasy z tobą porozmawiać, a ty dbając o mnie, zakłócałaś właśnie mój spokój.
Wstał z sofy i postąpił parę kroków w jej stronę. Gdy był już na tyle blisko wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy z twarzy. Zadrżała pod jego dotykiem. Jednak na ciebie działam ty upierdliwa gryfonko – przemknęło mu przez myśl. Jeszcze bardziej zmniejszył odległość między nimi, chciał się jej przyjrzeć, być może coś z niej wyczytać. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Malowała się w nich determinacja i pewna nieokreślona czułość, nie rozumiał tego spojrzenia.
- Powiedz mi, Granger, co osiągnęłaś tym, że zakłócałaś mój spokój, że moje myśli ciągle krążyły wokół twojej, małej, upierdliwej osóbki?
Przekrzywił głowę przeszywając ją wzrokiem i obserwując jej reakcję. Słowa wypowiedział niemalże w jej usta. Zamknęła oczy i ciężko oddychała. Widział, że szarpią nią przeróżne emocje, jednak miał zamiar zabawić się trochę jej kosztem, tak jak ona zabawiła się jego. Był pewien, że nie da rady mu nic odpowiedzieć i miał rację. Zawsze przy nim traciła całą swoją odwagę, butę. Kiedyś był pewny, że to ze strachu, teraz już sam nie wiedział dlaczego. Widział jak jej malinowe wargi drżą, miał nieziemska ochotę pocałować te słodkie usta, jednak było za wcześnie.
- Bałam się.
Gdyby nie to, że w pomieszczeniu byli zupełnie sami, pomyślałby, że ktoś inny wypowiedział te słowa. Tak bardzo nie pasowały one do tej nieznośnej gryfonki.
- Czego się bałaś?
Otworzyła oczy i spojrzała na niego, na nowo pewna siebie.
- Że nie dasz sobie spokoju, i miałam rację. Prawda, Malfoy? Było minęło. Nieważne, lepiej będzie jak oboje o tym zapomnimy, nie sądzisz?
Ta odpowiedz zaszokowała go na tyle, że pozwolił jej odejść zniknęła za drzwiami do swojego pokoju, a on nie umiał zareagować. Nie widział tylko, że bardzo żałowała swoich słów, ale musiała grać. W jej myślach jednak odbijało się tylko jedno zdanie. Tak bardzo chcę, żebyś mnie chciał bez względu na wszystko. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że była to raczej płonna nadzieja, zwłaszcza, że miał się o niej dowiedzieć czegoś, z czego nie była dumna. 

•••

            Dalej znikała na całe dni. Któregoś razu widział ją szepcącą z Dumbledorem. Było coś podejrzanego w tej rozmowie. Wyglądało to trochę, jak gdyby beształa za coś starca, a ten pokornie przyjmował naganę. W ogóle nie rozumiał tego, co ostatnio się wokół niego działo. Niepewność zakiełkowała w nim, gdy wtedy, tamtego wieczoru, kiedy nie pozwolił jej odejść bez rozmowy. Od tamtej pory jeszcze bardziej się od niego odsunęła. Z jednej strony to dobrze, bo gdy ona znikała, on też mógł to zrobić, a musiał. Czarny Pan był coraz bardziej natarczywy. Zebrania Śmierciożerców organizowane były coraz częściej. Voldemort niecierpliwił się. Chciał już pozbyć się Dumbledore’a, Pottera, szlam i mugoli. Jego wybuchowy charakter dawał się we znaki wszystkim. Nawet najwierniejszym, nawet tym, którzy powinni nie żyć. Tak. Draco wiedział, kto jest ukrywany w jego domu, kogo przez tyle lat uważano za martwego. Nie miał zielonego pojęcia, jak ciotce Bellatrix udało się tego dokonać, ale jednak. Nie dość, że udało jej się go uratować, to jeszcze doprowadziła do tego, że „powrócił” na tory, którymi podążała rodzina. Z każdą chwilą był tego coraz bardziej pewny. Wiedział, że Syriusz jakoś przeżył. Niby nie był wtajemniczony, ale miał uszy. Z resztą na ostatnich spotkaniach widać było ekscytację Czarnego Pana. Od dawna cieszył się na pewien plan, który miał zapewnić mu zdrajcę w otoczeniu Pottera. Mimo wszystko coś dalej nie pasowało. Dalej potrzebowali łącznika, a takowego, o ile się orientował nadal nie mieli. Czasem miał ochotę podzielić się swoimi przemyśleniami ze swoją współlokatorką, jednak sądził, że ona i tak go nie zrozumie. Wiedział, że ona widziałaby go po stronie tego świrniętego starucha, a on… Cóż trudno powiedzieć, czy woli mroczną stronę, przez nią stracił matkę, jednak z drugiej strony… Dumbledore i Złoty Chłopiec Gryffindoru doprowadzali go do białej gorączki.  Gdyby „jasna strona mocy” nie była zależna od tych dwóch to być może skusiłby się na zmianę frontu, ale ci dwaj delikwenci skutecznie go zniechęcali. Poza tym, przecież wszyscy wiedzieli, że on przez większość swojego życia był po mrocznej stronie. Młody Malfoy obawiał się, ze gdyby chciał dołączyć do Zakonu Feniksa, nie przyjęliby go. Arystokrata bał się braku akceptacji. Draco zawsze sobie cenił ludzi honorowych, godnych zaufania, mimo że wśród Ślizgonów pozornie nie dało się takowych osobowości znaleźć, a jednak wiele osób się w tym względzie myliło. W każdym razie Draco należał do takich osób i nie mógł znieść, gdy ktoś podważał szczerość jego intencji, czy uznawał, że jego osobiste pobudki są podejrzane. I tego właśnie obawiał się doznać, gdyby rzeczywiście spróbował zawrócić ze ścieżki narzuconej mu przez rodzinę.
            Jego przemyślenia przerwał dźwięk otwierającego się przejścia do dormitorium. Jak można było się spodziewać weszła najjaśniejsza gwiazda Hogwartu – Hermiona Granger we własnej osobie. Przemknęła przez salon prawie niezauważalnie. Młody Ślizgon westchnął i podszedł do drzwi prowadzących do jej królestwa. Oparł się ramieniem o framugę i w milczeniu przyglądał się, jak dziewczyna zawzięcie przeszukuje kufer w poszukiwaniu czegoś. Docierały do niego ciche przekleństwa, najwyraźniej miała do załatwienia kolejną „niecierpiącą zwłoki” sprawę. Nagle od jej strony dobiegł chłopaka nieokreślony dźwięk, który podejrzewał miał oznaczać tryumf. Hermiona gwałtownie wyprostowała się i z uśmiechem na ustach odwróciła się w stronę Dracona. Nie zraził jej nawet ironiczny uśmiech zdobiący wargi chłopaka. Cała w skowronkach podeszła do niego, wspięła się na palce i pocałowała ślizgona w policzek. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej na widok jego zaskoczonej miny i minęła go w drzwiach mówiąc:
- Witam i żegnam!
I tyle ją widziano. – Dracon nie chciał się przed samym sobą przyznać, że ta sytuacja wcale go nie rozzłościła, a wyłącznie rozbawiła. Jednak nie mógł wdawać się w dłuższe wewnętrzne spory, gdyż jego lewe przedramię zapłonęło żywym ogniem. Jak oparzony wskoczył do swojego pokoju i zarzucił na ramiona ciężką, czarną pelerynę oraz wziął maskę. Najszybciej jak się dało opuścił zamek i udał się w stronę Zakazanego Lasu.
•••

            Malfoy Manor wyglądało bajkowo o tej porze roku, jednak tej zimowej nocy, daleko mu było od bajkowości, przypominało raczej nawiedzony dom wyjęty wprost z mugolskiego horroru. Draco przemierzał szybkim krokiem chodnik dzielący go od bramy do drzwi posiadłości. Był zdenerwowany. Czarny Pan nie zapowiadał żadnych spotkań w czasie przerwy świątecznej. Gdy tylko przekroczył próg skrzat domowy odebrał od niego płaszcz, po czym skierował się do Sali Obrad, jak pozwolił sobie, nieco prześmiewczo, nazywać własny salon. Przekroczywszy próg ukłonił się głęboko, nie śmiał zmienić pozycji nawet o milimetr, zdecydowanie nie chciał narazić się na gniew jaszczura, który uważał się za przyszłego Pana i Władce świata.
- Witaj Draconie, cieszę się, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością.
Cisza, jaka panowała od jego wejścia została przerwana przez Voldemorta. Jego głos bardziej przypominał węże syki niż normalny, ludzki głos. Draco wiedział, że nadal nie może się ruszyć, musiał czekać na wyraźne pozwolenie.
- Jestem tobą nieco zawiedziony. Okazałeś się być kiepskim szpiegiem, czy też agentem w Hogwarcie.
Strach, który go ogarnął był nie do zniesienia. Gdyby nie to, że mięśnie ścięło mu obezwładniające zimno już dawno zacząłby się cały trząść. Czuł na sobie wzrok innych zebranych. To miał być pokaz? Nie wiedział, co planował zrobić z nim ten szaleniec, jednak spodziewał się najgorszego. Gdyby, chociaż jego matka tu była. Ona by pomogła. Jakoś, nieważne, jak, ale by pomogła. Na ojca nie miał, co liczyć, on pewnie uważa, że i tak sprawia hańbę rodzinie.
- Jednak mój o wiele skuteczniejszy agent wstawił się za tobą. Nie mam pojęcia, czemu, jednak uważam, że po prostu kierował nim zdrowy rozsądek.
Wśród Śmierciożerców podniosły się szepty. Skuteczniejszy agent? W Hogwarcie? Nikt nic nie wiedział. Kim on mógł być? Draco w duchu stokrotnie dziękował temu tajemniczemu komuś. Uratował mu skórę, jednak to nie oznacza, że uniknie kary.
- Crucio!
Poczuł obezwładniający ból. Był on tak wielki, że aż nie miał siły na krzyk. Z jego warg wyrwał się tylko krótki, bolesny jęk. Opadł na posadzkę. Dłonie zginały się w mimowolnych skurczach, paznokciami drapał podłogę. Spod jego dłoni wypływała powoli kałuża krwi. Tego bólu jednak nie czuł. Zaklęcie trwało i trwało, według młodego arystokraty była to wieczność, więc gdy wreszcie ustąpiło doznał takiego szoku, że nie mógł się ruszyć. Powoli podniósł się na klęczki. Z nadludzkim wysiłkiem rozejrzał się dookoła. Zewsząd otaczały go odziane na czarno postacie. Po prawicy Voldemorta stał jakiś nieznany mężczyzna. Syriusz – przebłysk świadomości, który go ogarnął niósł ze sobą właśnie tę myśl.
- Możesz już wstać.
Wyprostował się z trudem i zajął swoje miejsce wśród Śmierciożerców. Nikt na niego nie patrzył, to był dobry znak. Wszyscy byli zbyt zaintrygowani wcześniejszymi słowami Czarnego Pana by się nim przedstawiać.
- Och, nie patrzcie tak wyczekująco, nie dowiecie się, kim jest owy agent. Przynajmniej jeszcze nie teraz. W tej chwili chciałbym przedstawić wam kogoś innego. Zapewne wszyscy go znacie, pewnie część z was go nienawidzi, ale to powinna być już przeszłość, zwłaszcza od tej chwili. Wielu z was uważa go za martwego. Istotnie, taki miał status przez ostatnie 2 lata, jednak nie słusznie. Syriuszu pokaż się nam.
            Tajemniczy mężczyzna stojący po prawicy Voldemorta wystąpił do przodu i zdjął kaptur z głowy. Zdecydowanie był to Syriusz Black. Był nieco starszy i niebezpieczny błysk czaił mu się w oczach, ale to był bez dwóch zdań on.
- Witam cię po stronie rodziny, kuzynie.
Szaleńczy śmiech Bellatrix Lestrange rozniósł się po pomieszczeniu. Na wielu twarzach pojawiły się złe uśmiechy. Podobny grymas wykwitł na ustach Blacka.
- Nareszcie.

•••

            Hermiona przemierzała korytarze Hogwartu najszybciej, jak tylko mogła. Miała już dość bezczynności. Z resztą jej cierpliwość skończyła się już dawno. Teraz nadszedł czas na to, żeby się ujawnić. Przynajmniej częściowo – przemknęło jej przez myśl. Ten stary, dobroduszny Dumbledore nie zniósłby takiego ogromu informacji na raz. Nigdy nie uwierzyłby, że zrobiła to wszystko nie straciwszy przy tym zmysłów. Z resztą sama mu się nie dziwiła. Musiała to przyznać, jej ostatnie czyny były dość… wariackie. Potrząsnęła głową chcąc się uwolnić od tych myśli. Nie było sensu ich analizować. Postąpiła słusznie. Nie było się, nad czym rozwodzić, jednak jej umysł uparcie stawiał to wszystko pod znakiem zapytania.
- Czekoladowe żaby.
Chimera odskoczyła przed nią ukazując magiczne, ruchome schody, które jednak i tak pokonała w trzech susach. Bez pukania wpadła do gabinetu dyrektora. Tak jak się spodziewała, nie zastała tam nikogo oprócz starego czarodzieja.
- Panno Granger, czym zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę.
- Och, pan już dobrze to wie dyrektorze.
Twarz mężczyzny skurczyła się nagle, przyjmując zmęczony wyraz. Starał się na nią nie patrzeć, Hermiona widziała to i rozumiała. Wiedziała, że to wszystko jest niesamowicie ciężkie dla tego człowieka. Jego obowiązkiem jest obrona, a tu jedna z uczennic chce spod niej po prostu uciec. Ba! Ona to robi żeby móc chronić.Hermiona uważała, że jej zachowanie było życiową porażką dyrektora, że zniszczyła wszystko, co starał się budować przez te wszystkie lata posługi zarówno nauczycielskiej, jak i dyrektorskiej. Jednak takie czasy wymagają poświęceń, dlatego też Dumbledore przystał na jej warunki.
- Hermiono, czy uważasz, że to naprawdę konieczne? Że on sobie… nie poradzi?
- Profesorze, rozmawialiśmy już o tym. Nie zaczynajmy tej dyskusji od nowa, to nie ma sensu, a tylko tracimy czas.
- Drogie dziecko, żeby to było takie proste, jak ty to malujesz…
- Nie jestem już dzieckiem od dawna dyrektorze, wiem, na co się porywam.
- Mam taką nadzieję, mam taką nadzieję.
- Nie musi się profesor o mnie obawiać, poradzę sobie.
- Chyba przestaję w to wątpić Hermiono.
- Dziękuję. Dostaję, więc pozwolenie na moje działania?  
- Powiedz mi, nie robiłabyś tego, gdybym ci zabronił.
Hermiona spojrzała prosto w oczy dyrektora. Nie odezwała się ani słowem. Wreszcie starzec przerwał kontakt wzrokowy spuszczając głowę ze zrezygnowaniem.
- Tak jak sądziłem.
- Chcę po prostu, żeby wszystko było, jak należy. Ach, zapomniałabym, potrzebuję też bezpośredniej zgody i że tak powiem upoważnienia do swobodnej teleportacji z każdego miejsca w szkole i do każdego miejsca w szkole.
- Więc to jest główny cel twojej wizyty? Wcale nie chodziło ci o moją zgodę na twoje, jak to zgrabnie ujęłaś, działania. Chodziło ci tylko o teleportację.
- To bezpośrednio zalicza się do podjętych przeze mnie czynności. Panie profesorze, proszę. Niech pan mi tego nie utrudnia. Nawet jak pan mi tego nie umożliwi, zawsze będę mogła iść do Zakazanego Lasu, poza bariery i stamtąd teleportować się bez przeszkód.
Czarodziej podniósł się z trudem zza biurka, choć Hermiona wiedziała, że to wcale nie z powodu braku siły, energii, tylko to, co miał zrobić było dla niego trudne. Wyciągnął w jej kierunku różdżkę i wyszeptał zaklęcie. Hermiona poczuła w sobie wszystkie bariery ochronne Hogwartu. Wtedy poczuła, jaka to ogromna odpowiedzialność, co na siebie wzięła, jednak odwrotu już nie było. Postanowień się nie zmienia. Wstała z miejsca, na którym siedziała i skinąwszy z wdzięcznością w stronę dyrektora skierowała się do wyjścia z gabinetu.
- Dziękuję panu. Dobranoc dyrektorze.
- Uważaj na siebie drogie dziecko.
            Gdyby się jeszcze odwróciła zobaczyłaby, jak Dumbledore siada z powrotem za biurkiem i ukrywa twarz w dłoniach, a potem patrzy na nią z troską. Jednak ona już tego nie widziała. Jej myśli skupiły się tylko na zadaniu, które miała do wykonania. Przed nią była już tylko gorsza część tego, co musiało być zrobione.

•••

            Nie słyszał, jak weszła. Trudno się było dziwić, prawie w ogóle nie kontaktował. Ostatkiem sił wrócił do ich dormitorium. Po przekroczeniu progu po prostu upadł. Udało mu się doczołgać do salonu, jednak nie miał już sił by dotrzeć do swojego pokoju. Usłyszał jak zamiera w pół kroku. Zapewne, kiedy go zobaczyła. Zacisnął powieki. Nie chciał widzieć jej zatroskanej miny. Pytania w spojrzeniu. Nie chciał widzieć jej.
- Na Merlina! Draco!
Teraz, gdy już nie miał sił na podtrzymywanie zaklęć kamuflujących prawdopodobnie wyglądał masakrycznie. Cruciatus na wstępie nie był jedyną karą, jaką otrzymał od Voldemorta. Na sam koniec zebrania urządził sobie pokazowe tortury. Znęcał się nad nim dobre 2 godziny, które Draconowi ciągnęły się w nieskończoność. Klątwy tnące, przypalające, miażdżące, cruciatus i tak w kółko. Do znudzenia. Po godzinie udało mu się stracić przytomność, jednak Ten-Którego-Imienia-Niewolno-Wymawiać potraktował go zaklęciem trzeźwiącym. Gdy na jego ciele nie było już widać skóry rozpoczęły się silne serie crucistusów, które tylko pogłębiały i zaogniały rany. Draco nie miał wtedy siły nawet na mruganie. Poddawał się tym katuszą z zamkniętymi oczami, zaciśniętymi zębami. Bez żadnego dźwięku. Teraz, gdy leżał na zimnej podłodze czuł ulgę, jednak najdrobniejszy ruch sprawiał mu ogromny ból, więc gdy go dotknęła syknął przeciągle.
- Przepraszam! Nie chciałam sprawić ci bólu. Zaraz wezwę Madame Pomfrey!
- Nie! Nikt nie może wiedzieć!
- Co? Ale jak to…? Musisz otrzymać pomoc!
- Mój pokój, kuferek na łóżku…
Hermiona wreszcie otrząsnęła się z szoku. Trzeba popracować nad emocjami – zanotowała sobie na przyszłość. Nie mogła sobie, więcej pozwolić na takie zachowanie. Musiała być twarda. Zaczęła działać metodycznie, wyłączając emocje. Gdy już była w posiadaniu kuferka i znajdujących się w nim eliksirów, zaczęła szukać odpowiednich mikstur. Na przyspieszenie krzepnięcia, uzupełnienie krwi i uśmierzający ból. Innych bała się podać, nie wiedziała, co dokładnie stało się Ślizgonowi, więc nie miała pewności, czy inne wywary mu nie zaszkodzą. Będzie musiał się obyć bez nich. Po chwili zastanowienia dorzuciła jeszcze do tego eliksir niwelujący drobniejsze uszkodzenia wewnętrzne i eliksir słodkiego snu.
            Podtykała mu odpowiednie flaszki pod usta i zmuszała do picia, gdy doszła do eliksiru słodkiego snu powstrzymał ją.
- Nie, tego nie mogę. Cruciatus… Jego efekty… Nie mogę…
- Efekty pocruciatusowe? Cholera jasna! Nie mogę cię zostawić samego.
- Dam radę…
- Już to widzę.
Gryfonka za pomocą magii przeniosła chłopaka do jego łóżka, jednak w pierwszej kolejności usunęła z niego krew. Po ułożeniu go na łóżku doszła do wniosku, że powinna z niego zdjąć ubranie, które miał na sobie. Zidentyfikowała je, jako szatę Śmierciożercy. Delikatnymi ruchami odpinała wszystkie sprzączki i guziki. Robiła wszystko, byle tylko oszczędzić mu cierpień. Zawahała się przy spodniach. Zdecydowała się jednak na pozbycie się ich. Przecież nie mogła pozwolić mu na pozostanie w nich. W razie drgawek spowodowanych zespołem pocruciatusowmym mogły one tylko pogorszyć sytuację. Patrzyła na jego skórę, która w obecnej chwili była przeraźliwie blada z powodu utraty krwi. Rysowały się na niej dopiero co zasklepione rany. Wyglądał okropnie. Trudno było namierzyć najmniejszy fragment zdrowego ciała. Jeżeli nie rana, oparzenie to siniak. Gdy pozbyła się całej, zbędnej garderoby chłopaka przysiadła na skraju łóżka. Rzuciła zaklęcie diagnozujące, żeby wiedzieć, jak źle jest. Wynik nie był zachwycający, stan był ciężki, ale stabilny. Eliksiry, które podała spełniły swoją rolę w sposób idealny. Hermiona rzuciła jeszcze kilka zaklęć uzdrawiających, dla bezpieczeństwa i zaczęła czekać. Musiała pilnować Ślizgona podczas ataków, gdyż cała jej praca mogłaby pójść na marne, co miałoby pewnie katastrofalne skutki dla młodego Malfoya.
- Tylko mi tu nie umieraj.
Gryfonka mruknęła pod nosem. Bardzo przeszkadzało jej to, że musi zająć się chłopakiem, gdyż to opóźniało jej zadanie.. Cóż nie jest suką. Nie zostawi arystokraty na pastwę losu.
- Ech, na starość serce ci mięknie idiotko.
- Granger nie gadaj do siebie, jesteś już wystarczająco irytująca, gdy mówisz do ludzi.
- A żarcik cięty jak zwykle. Chyba jednak nie jest z tobą tak źle.
- Obawiam się, że to stan przejściowy. Hermiona, jak zaczną się pojawiać objawy zespołu… Iść stąd wtedy. Mogę być niebezpieczny, mogę nie być sobą.
- Żartujesz sobie ze mnie Malfoy? Będę tu przez całą noc i dzień, jeżeli zajdzie taka potrzeba.